25°   dziś 28°   jutro
Czwartek, 16 lipca Eustachy, Maria, Benedykt, Marika, Benita, Mirella

Ekspertka: żmija ma gorszą opinię, niż na to zasługuje (wywiad)

Opublikowano  Zaktualizowano 

Nie ma plagi żmij, ukąszenia rzadko kończą się ciężkimi powikłaniami, a sam wąż niemal zawsze woli uciec niż ugryźć człowieka. O tym, skąd bierze się zła sława jedynego jadowitego węża w Polsce i jak naprawdę wygląda jego życie, opowiedziała PAP herpetolożka dr Aleksandra Kolanek.

16 lipca przypada Świątowy Dzień Węża.

PAP: Co roku media ostrzegają przed „plagą żmij”. Czy rzeczywiście mamy w Polsce więcej tych węży niż kiedyś?

Dr Aleksandra Kolanek: Nie powiedziałabym, że mamy do czynienia z plagą. W przypadku dzikich zwierząt takie określenie oznaczałoby nagły, nadzwyczajny wzrost liczebności populacji, a nic takiego nie obserwujemy. Raczej zwiększyła się liczba zgłoszeń i obserwacji żmij.

Zobacz również:

To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, żmije mają swój naturalny cykl aktywności. Zimują, a wiosną wychodzą z kryjówek, szukają partnerów do rozrodu i zaczynają intensywnie żerować. Wtedy rzeczywiście łatwiej je zauważyć. Latem, zwłaszcza w lipcu i sierpniu, są dobrze widoczne, bo jako zwierzęta zmiennocieplne często wygrzewają się na słońcu. Ciepło jest im niezbędne do funkcjonowania, między innymi do trawienia pokarmu.

Po drugie, dziś praktycznie każdy ma w kieszeni smartfon. Kiedy ktoś przypadkiem spotka żmiję, robi zdjęcie i publikuje je w mediach społecznościowych. Takich informacji jest znacznie więcej niż jeszcze kilkanaście lat temu, dlatego łatwo odnieść wrażenie, że węży przybyło. Tymczasem wszystko wskazuje na coś wręcz przeciwnego: liczebność żmij raczej spada. Wpływa na to przede wszystkim działalność człowieka, czyli przekształcanie środowiska, ale także pośrednio zmiany klimatu. Dlatego o pladze żmij nie można mówić ani dziś, ani – moim zdaniem – nie można było mówić w przeszłości.

PAP: Skoro nie ma plagi, to jak wygląda rzeczywiste zagrożenie? Ile osób w Polsce jest co roku kąsanych przez żmije?

A.K.: Właśnie temu poświęciliśmy nasze badania. Są one kontynuacją klasycznych analiz prowadzonych jeszcze w latach 70. i 80. przez prof. Zbigniewa Szyndlara. Chcieliśmy sprawdzić, jak sytuacja wygląda obecnie, dlatego rozesłaliśmy ankiety do ponad dwóch tysięcy szpitali i innych placówek medycznych w całej Polsce.

Pytaliśmy o przypadki ukąszeń z lat 1990–2023. Odpowiedziała część placówek – nie wszystkie prowadzą oddziały, do których trafiają tacy pacjenci; ale mimo to udało nam się zebrać bardzo wartościowy materiał. W dokumentacji znaleźliśmy 540 przypadków hospitalizacji po ukąszeniu żmii. To dane obejmujące ponad trzydzieści lat i tylko część polskich szpitali, dlatego ostrożnie szacujemy, że rzeczywista liczba takich przypadków mogła wynieść około tysiąca w całym kraju.

To pokazuje skalę zjawiska. Mówimy o stosunkowo niewielkiej liczbie zdarzeń rozłożonych na trzy dekady.

Analizowaliśmy nie tylko liczbę pacjentów, ale również ich wiek, płeć, miejsce ukąszenia, objawy, długość pobytu w szpitalu i ogólny stan zdrowia. Ponad trzy czwarte osób już w chwili przyjęcia oceniono jako będące w dobrym stanie. Większość została wypisana jeszcze tego samego dnia, część pozostawała na obserwacji dobę lub dwie. Dłuższe hospitalizacje należały do wyjątków.

Nie było żadnych przypadków śmiertelnych z powodu ukąszenia żmii zygzakowatej.

Co równie ważne, u większości pacjentów zatrucie jadem było niewielkie albo w ogóle nie stwierdzono, że jad został wprowadzony do organizmu. Wynika to z tego, że znaczna część ukąszeń to tzw. ukąszenia suche.

Żmije są niewielkimi wężami. Często wydają się duże na zdjęciach, bo fotografia zrobiona z bliska zniekształca proporcje. W rzeczywistości dorosłe osobniki rzadko przekraczają 40–50 centymetrów długości. Ich jad służy przede wszystkim do zdobywania pokarmu, czyli polowania na drobne gryzonie. Wyprodukowanie każdej kolejnej porcji jadu kosztuje je sporo energii.

Z ich punktu widzenia człowiek nie jest ofiarą, tylko ogromnym potencjalnym drapieżnikiem. Dlatego żmija naprawdę nie chce marnować na niego swojej najcenniejszej broni. Kąsa dopiero wtedy, gdy nie ma możliwości ucieczki, została zaskoczona albo czuje się osaczona. To jej ostateczna forma obrony.

Co ciekawe, nawet liczba ukąszeń może być nieco zawyżona, bo ludzie często błędnie rozpoznają gatunki węży. Nie każde zgłoszenie dotyczyło rzeczywiście żmii zygzakowatej.

PAP: Jak odróżnić żmiję od gniewosza plamistego czy zaskrońca?

A.K.: Najłatwiej zwrócić uwagę na wzór biegnący przez grzbiet. U typowo ubarwionej żmii zygzakowatej zobaczymy charakterystyczny, ciągły zygzak ciągnący się niemal przez całe ciało. To najbardziej rozpoznawalna cecha tego gatunku i można ją dostrzec z bezpiecznej odległości.

Najwięcej pomyłek dotyczy gniewosza plamistego, który również ma na grzbiecie ciemny wzór. Nie jest to jednak jednolity zygzak, lecz dwa lub cztery rzędy plam. Zdarza się, że miejscami się ze sobą łączą i wtedy rzeczywiście mogą przypominać zygzak, ale jeśli przyjrzymy się uważnie, zobaczymy, że to zupełnie inny rysunek.

Trzeba jednak pamiętać o jednym wyjątku. Część żmij jest melanistyczna, czyli całkowicie czarna. W takim przypadku zygzak praktycznie zanika i staje się niewidoczny. Natomiast nie występują czarne, melanistyczne gniewosze. Bardzo rzadko, ale jednak zdarzają się czarne zaskrońce. Dlatego jeżeli widzimy całkowicie czarnego węża i nie jesteśmy pewni, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, najlepiej przyjąć najbezpieczniejsze założenie, że może to być żmija. Nie po to, żeby wpadać w panikę, tylko żeby zachować rozsądny dystans.

Zresztą taka zasada powinna obowiązywać zawsze. Każdego węża należy po prostu zostawić w spokoju. Nie ma znaczenia, czy jest to żmija, zaskroniec czy gniewosz. To dzikie zwierzę, które znalazło się w swoim naturalnym środowisku. My powinniśmy przejść swoją drogą, a ono swoją.

PAP: Wielu ludzi odruchowo próbuje takiego węża przegonić albo nawet złapać.

A.K.: I właśnie tego nie powinniśmy robić. Nawet całkowicie niejadowity gniewosz, kiedy zostanie schwytany, będzie się bronił. Z jego punktu widzenia został właśnie złapany przez drapieżnika, więc może ugryźć.

Dla człowieka nie jest to niebezpieczne, ale na pewno nieprzyjemne. Żmija również nie atakuje dlatego, że chce człowieka ukąsić. Robi to wyłącznie wtedy, kiedy nie ma już innego wyjścia.

Są oczywiście sytuacje wyjątkowe. Jeżeli wąż wejdzie do domu albo garażu i rzeczywiście trzeba go usunąć, najlepiej pozwolić mu samemu wejść do wiadra czy jakiegoś pojemnika i wynieść go na zewnątrz. Jeśli z jakiegoś powodu konieczne jest wzięcie go do ręki, należy użyć grubych rękawic ochronnych. Natomiast w lesie czy na łące naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby próbować dotykać jakiegokolwiek węża.

PAP: Kilka dni temu w Górach Izerskich zobaczyłam na ścieżce cienkiego, całkiem czarnego węża. Wyglądał jak porzucony sznurek. To mogła być żmija?

A.K.: Jak najbardziej. Bardzo możliwe, że była to młoda melanistyczna żmija zygzakowata. Takie osobniki spotyka się między innymi w górach i na chłodniejszych terenach. To zresztą prowadzi do bardzo ciekawego zagadnienia: żmija zygzakowata występuje znacznie dalej na północ niż większość innych gadów. Można ją spotkać niemal pod kołem podbiegunowym, co w świecie gadów jest prawdziwym ewenementem.

PAP: Jak to możliwe? Przecież gady kojarzymy raczej z ciepłym klimatem.

A.K.: Żmija ma kilka przystosowań, które pozwoliły jej zasiedlić tak chłodne rejony Europy. Jednym z najważniejszych jest żyworodność. W przeciwieństwie do wielu innych gadów nie składa jaj. Zarodki rozwijają się w organizmie samicy, a młode rodzą się już w pełni ukształtowane.

To ogromna przewaga w chłodnym klimacie. Jaja pozostawione w ziemi potrzebują przez długi czas odpowiednio wysokiej i stabilnej temperatury. W północnej Europie albo wysoko w górach bardzo trudno o takie warunki. Zarodki mogłyby po prostu obumrzeć.

Kiedy rozwijają się w ciele samicy, sytuacja wygląda zupełnie inaczej: samica może wybierać dobrze nasłonecznione miejsca i wygrzewać się, utrzymując temperaturę odpowiednią do rozwoju młodych. W pewnym sensie sama staje się dla nich ruchomym inkubatorem.

Drugim ważnym przystosowaniem jest właśnie melanizm, czyli ciemne ubarwienie. Czarne ciało znacznie skuteczniej pochłania promienie słoneczne niż jasne, dzięki czemu zwierzę szybciej się nagrzewa. To bardzo duża korzyść w chłodnym środowisku, gdzie każda dodatkowa porcja ciepła ma znaczenie. Dlatego właśnie czarne żmije stosunkowo często spotykamy w górach albo na terenach o surowszym klimacie. Tam takie ubarwienie daje im realną przewagę i zwiększa szanse na przeżycie.

PAP: Wiosną zaczyna się okres godowy żmij. Wielu ludzi słyszało o „tańcu żmij”, ale mało kto wie, na czym on właściwie polega.

A.K.: To rzeczywiście jedno z najbardziej niezwykłych zachowań, jakie można obserwować u naszych rodzimych gadów. Kiedy dwóch samców spotyka się przy jednej samicy, dochodzi do widowiskowego pojedynku: oba unoszą przednią część ciała, splatają się ze sobą i próbują wzajemnie przepchnąć przeciwnika.

To wygląda bardzo efektownie, ale w rzeczywistości jest to walka niezwykle „cywilizowana”. Samce się nie kąsają i nie próbują zrobić sobie krzywdy. Ich celem jest jedynie pokazanie siły i zmuszenie rywala do wycofania się. Przegrywa ten, który pierwszy odpełznie.

Dlatego określenie „taniec żmij” jest całkiem trafne. Z boku rzeczywiście przypomina to taniec albo zapasy prowadzone według bardzo rygorystycznych zasad fair play.

PAP: Czyli zwycięzca nie zabija przeciwnika?

A.K.: Nie. Takie walki praktycznie nie kończą się obrażeniami. Kiedy jeden z samców uzna, że nie ma już szans wygrać, po prostu się wycofuje, a zwycięzca zostaje przy samicy i może rozpocząć zaloty.

To zachowanie ma jeszcze jedną ciekawą cechę: samce bywają tak zaabsorbowane walką, że przez pewien czas praktycznie nie zwracają uwagi na otoczenie. Normalnie żmija na widok człowieka natychmiast ucieka, natomiast podczas takich pojedynków zdarza się, że można je obserwować z niewielkiej odległości, oczywiście nie przeszkadzając im.

Pamiętam nagranie wykonane przez naszą koleżankę z Towarzystwa Herpetologicznego NATRIX. Przez dłuższą chwilę filmowała dwa walczące samce. Były tak skupione na rywalizacji, że kompletnie ignorowały jej obecność. Cały czas pozostawały splecione i przepychały się po niewielkim fragmencie terenu.

PAP: Jeden z samców wygrał. I co dalej?

A.K.: Samica w okresie godowym wydziela feromony, czyli substancje chemiczne, które informują samce, że jest gotowa do rozrodu. Węże odbierają takie sygnały językiem.

Dla wielu osób może to być zaskoczeniem, ale kiedy widzimy węża, który nieustannie wysuwa rozdwojony język, on wcale nikogo nie straszy. W ten sposób zbiera informacje chemiczne z otoczenia. Można powiedzieć, że „smakuje” albo „wącha” powietrze.

Podczas godów samiec podpełza do samicy, cały czas analizując właśnie te sygnały chemiczne. Dopiero kiedy upewni się, że ma do czynienia z gotową do rozrodu partnerką, dochodzi do kopulacji.

PAP: Jak ona wygląda? Węże mają przecież zupełnie inną budowę niż ssaki.

A.K.: Tak. Samce mają parzysty narząd kopulacyjny, czyli dwa hemipenisy. W czasie kopulacji wykorzystywany jest jeden z nich, który zostaje wprowadzony do kloaki samicy. Tą drogą przekazywane są plemniki i dochodzi do zapłodnienia.

Dalszy rozwój zarodków przebiega już podobnie jak u innych kręgowców z zapłodnieniem wewnętrznym. Różnica w stosunku do większości gadów polega na tym, że u żmii zarodki pozostają w organizmie samicy aż do momentu porodu.

PAP: Wspomniała pani o kloace. Co to właściwie jest?

A.K.: To wspólne ujście kilku układów organizmu. U ssaków mamy oddzielne otwory układu pokarmowego, moczowego i rozrodczego. U węży wszystkie te funkcje łączą się właśnie w kloace.

PAP: Czytałam, że hemipenisy są pokryte drobnymi kolcami. To prawda?

A.K.: Bardziej odpowiednim określeniem byłyby drobne wypustki niż kolce. Ich zadaniem jest ustabilizowanie połączenia między samcem a samicą. W czasie kopulacji samica może się poruszać albo zostać czymś spłoszona. Dzięki tym niewielkim wypustkom samiec ma większą pewność, że utrzyma kontakt z partnerką do zakończenia kopulacji.

PAP: Jak długo trwa ciąża i z jakim „wyposażeniem” przychodzą na świat małe żmije?

A.K.: Ciąża trwa zwykle kilkanaście tygodni. W dużej mierze zależy to od warunków środowiskowych, przede wszystkim od temperatury i możliwości wygrzewania się samicy. Jeżeli gody odbywają się wczesną wiosną, młode najczęściej rodzą się po trzech–czterech miesiącach. Od pierwszych chwil życia są całkowicie samodzielne.

Żmije nie opiekują się potomstwem. Młode od razu muszą znaleźć schronienie i zdobywać pokarm. Są też od razu jadowite. To konieczne, bo bez jadu nie mogłyby polować. Oczywiście ich gruczoły jadowe są niewielkie i dysponują znacznie mniejszą ilością jadu niż dorosłe osobniki, ale mechanizm działania jest taki sam.

PAP: A co je taka kilkunastocentymetrowa żmijka?

A.K.: Wszystko, co jest w stanie połknąć. Początkowo są to przede wszystkim bezkręgowce – różne owady, pajęczaki czy inne niewielkie zwierzęta. W miarę wzrostu dieta stopniowo się zmienia. Dorosłe żmije polują głównie na małe ssaki: myszy, nornice, norniki czy ryjówki. Znacznie rzadziej zjadają płazy albo jaszczurki. To właśnie drobne gryzonie stanowią podstawę ich diety.

Żmije nie gonią swoich ofiar. Najczęściej czekają w ukryciu, aż zwierzę znajdzie się odpowiednio blisko. Wtedy błyskawicznie kąsają, a następnie pozwalają, by jad unieruchomił zdobycz. Dopiero później odnajdują ją i połykają w całości - nie odgryzają kawałków pokarmu.

Całe zwierzę trafia do przewodu pokarmowego, gdzie zostaje strawione przez bardzo silne soki żołądkowe. Czasami można spotkać żmiję z charakterystycznym wybrzuszeniem w środkowej lub tylnej części ciała. To po prostu znak, że ma już za sobą udane polowanie i właśnie trawi posiłek.

PAP: Jaką rolę żmije odgrywają w przyrodzie?

A.K.: Bardzo ważną. Przede wszystkim regulują liczebność drobnych ssaków, zwłaszcza gryzoni. To właśnie myszy, nornice czy norniki stanowią podstawę ich diety. Ma to znaczenie nie tylko dla funkcjonowania naturalnych ekosystemów, ale również z punktu widzenia człowieka: w miejscach, gdzie gryzonie wyrządzają szkody, obecność żmij może być wręcz korzystna.

Dawniej dotyczyło to chociażby okolic spichlerzy i magazynów zboża, dziś oczywiście wygląda to trochę inaczej, ale zasada pozostaje taka sama – drapieżnik ogranicza liczebność swoich ofiar.

Jest jeszcze jeden aspekt. Gryzonie są ważnymi żywicielami kleszczy i rezerwuarem wielu drobnoustrojów, które te pasożyty mogą przenosić. Oczywiście nie można powiedzieć, że żmije rozwiązują problem chorób odkleszczowych, ale jako element całego ekosystemu uczestniczą w regulowaniu liczebności zwierząt, od których zależy populacja kleszczy.

PAP: Nadchodzi jesień, potem zima. Co wtedy dzieje się z żmijami? Hibernują?

A.K.: W przypadku gadów nie używamy określenia „hibernacja”, bo dotyczy ono ssaków. Mówimy raczej o zimowaniu. To nie jest sen w takim znaczeniu, jakie znamy choćby u niedźwiedzi.

Żmije bardzo silnie spowalniają metabolizm i przechodzą w stan głębokiego odrętwienia. Szukają miejsc, w których temperatura przez całą zimę pozostaje możliwie stabilna – mogą to być szczeliny skalne, nory albo inne podziemne kryjówki. Tam czekają do wiosny. Ich organizm funkcjonuje wtedy na absolutnym minimum. Nie polują, praktycznie nie poruszają się i oszczędzają energię zgromadzoną wcześniej.

PAP: Mogłoby się wydawać, że skoro zimy stają się coraz łagodniejsze, to żmije powinny mieć łatwiejsze życie.

A.K.: Rzeczywistość wygląda odwrotnie. Żmija zygzakowata jest gatunkiem od tysięcy lat przystosowanym do klimatu umiarkowanego, z wyraźnym podziałem na pory roku. Potrzebuje stabilnego okresu zimowego, żeby cały jej roczny cykl przebiegał prawidłowo.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy zimą pojawiają się kilkudniowe fale ciepła. Jeżeli w grudniu albo styczniu temperatura nagle wzrośnie, np. do dziesięciu stopni, organizm żmii odbiera to jako sygnał, że zbliża się wiosna. Zwierzę wybudza się z zimowania i wychodzi z kryjówki. Tyle że prawdziwa wiosna jeszcze nie nadeszła. Nie ma pokarmu, a po kilku dniach temperatura znowu spada. Każde takie wybudzenie kosztuje ogromne ilości energii. Potem żmija musi ponownie wejść w stan zimowania i znów przestawić cały organizm na bardzo wolny metabolizm.

Jeżeli taka sytuacja powtórzy się kilka razy, może się okazać, że wiosną zwierzę nie ma już wystarczających zapasów energii. Nagły powrót chłodu może dodatkowo spowodować śmierć żmii z zimna, jeśli nie zdoła się ona odpowiednio wcześnie ukryć i powrócić do zimowania.

To nie koniec problemów. Takie gwałtowne zmiany temperatur zaburzają również gospodarkę hormonalną i wpływają na kondycję osobników. Samice mogą produkować gorszej jakości jaja, samce – mniej wartościowe plemniki, a cały sezon rozrodczy staje się mniej efektywny. Dlatego paradoksalnie dobra, mroźna zima z trwałą pokrywą śnieżną jest dla żmij znacznie korzystniejsza niż zima ciepła, ale pełna gwałtownych zmian pogody. Śnieg działa jak izolacja i chroni zimowe kryjówki przed dużymi wahaniami temperatury.

PAP: To prawda, że żmije zimują wspólnie? Podobno w jednej kryjówce można znaleźć nawet kilkadziesiąt osobników.

A.K.: Tak, to jak najbardziej możliwe. Jeżeli na danym terenie znajduje się wyjątkowo dobra kryjówka zapewniająca stabilne warunki przez całą zimę, może z niej korzystać wiele żmij jednocześnie. Co więcej, nie muszą to być wyłącznie żmije. W takich zimowiskach spotyka się również zaskrońce i gniewosze plamiste. Zdarza się nawet, że zimują tam także ich potencjalne ofiary – płazy czy jaszczurki.

Z ludzkiego punktu widzenia może to wydawać się dziwne. Przecież przez większą część roku jedne zwierzęta polują na drugie. Jednak zimą najważniejsze staje się przetrwanie. Wszystkie są pogrążone w odrętwieniu, nie polują i nie uciekają przed drapieżnikami. Liczy się tylko to, żeby bezpiecznie doczekać wiosny.

PAP: Czym żmije porozumiewają się ze sobą?

A.K.: Przede wszystkim za pomocą sygnałów chemicznych, które – jak już mówiłam – wychwytują dzięki rozdwojonemu językowi i narządowi Jacobsona. Poza tym węże odbierają oczywiście bodźce wzrokowe i reagują na obecność innych osobników. Nie mają jednak rozbudowanego systemu komunikacji społecznej, jaki obserwujemy choćby u ssaków żyjących w stadach. To zwierzęta prowadzące raczej samotniczy tryb życia i kontaktujące się ze sobą głównie wtedy, gdy wymaga tego rozmnażanie.

PAP: Przeciętnemu człowiekowi herpetolog kojarzy się z kimś, kto chodzi po lesie z kijem i workiem. Tymczasem pani bada węże także z wykorzystaniem satelitów, dronów i systemów informacji przestrzennej. Jak to wygląda w praktyce?

A.K.: To pierwsze skojarzenie też jest prawdziwe. Naprawdę chodzimy po lesie z workami i prowadzimy klasyczne badania terenowe. Jeżeli chcemy poznać kondycję konkretnej populacji, musimy mieć kontakt ze zwierzętami.

Oczywiście robimy to wyłącznie na podstawie odpowiednich zezwoleń i według ściśle określonych procedur. Łapiemy węże, sprawdzamy ich płeć, oceniamy wiek, mierzymy długość ciała i masę, oglądamy ich kondycję. W przypadku samic sprawdzamy również, czy są ciężarne. To pozwala odpowiedzieć na podstawowe pytania: czy populacja jest zdrowa, czy młode przeżywają, czy pojawiają się nowe osobniki i czy zwierzęta są w dobrej kondycji.

PAP: A gdzie w tym wszystkim miejsce dla satelitów i algorytmów?

A.K.: Od jedenastu lat prowadzimy projekt nauki obywatelskiej. Każdy, kto spotka węża – szczególnie gniewosza plamistego – może przesłać nam zdjęcie i jego możliwie dokładną lokalizację.

Najpierw weryfikujemy oznaczenie gatunku. Dopiero później takie obserwacje trafiają do naszej bazy danych. Dzięki tysiącom zgromadzonych lokalizacji możemy je zestawiać z wieloma innymi informacjami: zdjęciami satelitarnymi, danymi meteorologicznymi, rodzajem pokrycia terenu, przebiegiem dróg, zabudową czy innymi elementami krajobrazu.

W praktyce oznacza to, że jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, jakie środowiska wybiera dany gatunek i jakie cechy krajobrazu są dla niego najważniejsze. To pozwala budować modele przewidujące miejsca, w których z dużym prawdopodobieństwem mogą występować konkretne gatunki.

PAP: Czy to ma znaczenie wyłącznie naukowe?

A.K.: Chcemy, żeby te wyniki miały bardzo praktyczne zastosowanie. Wyobraźmy sobie gminę, która przygotowuje nowy plan ogólny albo planuje budowę drogi. Jeżeli wiemy, jakie tereny są szczególnie ważne dla danego gatunku, możemy wcześniej wskazać miejsca wymagające ochrony albo takie, gdzie warto zachować korytarze migracyjne.

To korzystne dla przyrody, ale również dla ludzi. Dzięki temu można uniknąć sytuacji, w której powstaje nowe osiedle, a dopiero później okazuje się, że tuż obok znajduje się ważne stanowisko chronionych węży. Takie konflikty są trudne dla wszystkich stron.

PAP: Macie już taką mapę Polski z zaznaczonymi miejscami, gdzie najczęściej występują żmije?

A.K.: Jeśli chodzi o żmiję zygzakowatą, dopiero zaczęliśmy gromadzić dane w takim zakresie. Najbardziej zaawansowane analizy prowadzimy obecnie dla gniewosza plamistego, bo właśnie dla tego gatunku dysponujemy największą bazą zweryfikowanych obserwacji. Jesteśmy jeszcze na etapie opracowywania wyników, ale już teraz widać, jak ogromne możliwości daje połączenie klasycznych badań terenowych z nowoczesnymi metodami analizy danych przestrzennych.

PAP: Słuchając tego, co pani mówi, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zła sława żmij jest niezasłużona. W końcu nawet polszczyzna nie jest dla niej łaskawa – mówimy o „żmii wyhodowanej na własnej piersi”, a nazwanie kogoś żmiją raczej nie jest komplementem.

A.K.: Myślę, że przede wszystkim działa tutaj bardzo stary, ewolucyjny lęk przed wężami. Wystarczy usłyszeć, że jakiś gatunek jest jadowity, a wyobraźnia zaczyna pracować.

Oczywiście ukąszenie żmii nie jest niczym przyjemnym. To bolesne doświadczenie i zawsze wymaga konsultacji lekarskiej. Ale jednocześnie trzeba pamiętać, że żmija nie poluje na człowieka, nie atakuje go i w zdecydowanej większości przypadków w ogóle stara się uniknąć spotkania. To niezwykle ciekawy gatunek, który odgrywa ważną rolę w przyrodzie, a jednocześnie od wieków budzi emocje znacznie większe, niż wynikałoby to z rzeczywistego zagrożenia.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

Komentarze (0)

Nie dodano jeszcze komentarzy pod tym artykułem - bądź pierwszy
Zgłoszenie komentarza
Komentarz który zgłaszasz:
"Ekspertka: żmija ma gorszą opinię, niż na to zasługuje (wywiad)"
Komentarz który zgłaszasz:
Adres
Pole nie możę być puste
Powód zgłoszenia
Pole nie możę być puste
Anuluj
Dodaj odpowiedź do komentarza:
Anuluj

Może Cię zaciekawić

Sport

Pozostałe

Twój news: przyślij do nas zdjęcia lub film na [email protected]