10°   dziś 9°   jutro
Piątek, 30 października Zenobia, Przemysław, Edmund, Alfons, Augustyna, Łukasz, Urban

Trzy razy trumną o próg, czyli jak zatrzymać nieboszczyka w zaświatach

Opublikowano  Zaktualizowano 

Dawniej, by zatrzymać zmarłego w zaświatach, trzy razy stukano trumną o próg domu. Jeśli dary na mogile nie mogły udobruchać natręta, uciekano się do radykalnych środków: odcinano głowę i układano między stopami – powiedział PAP prof. Andrzej Piotr Kowalski z Instytutu Antropologii Uniwersytetu Gdańskiego.

PAP: Jak wyglądał moment, gdy w dawnym domu wiejskim lub szlacheckim ktoś umierał? Co działo się w pierwszych minutach i jakie zakazy zaczynały wtedy obowiązywać?

Prof. Andrzej Piotr Kowalski: Moment zgonu domownika, zwłaszcza gospodarza, musiał być niezwłocznie oznajmiony rodzinie, znajomym, ale też żywemu inwentarzowi. Jeśli śmierć nastąpiła w nocy, to budzono każdego, żeby dusza śpiących, która – jak wierzono — podczas snu opuszczała ciało, nie mogła zostać pochwycona przez zmarłego. To bowiem mogło sprawić, że śpiący również umrze. Zakazane było manipulowanie nićmi, przędzą. Gdyby zaplątała się w nie dusza zmarłego, nie mogłaby swobodnie opuścić domu. Oprócz zawodzenia i lamentów, które były swoistą odprawą duszy z mieszkania, zamykano nieboszczykowi oczy, żeby nie wypatrzył kogoś z żyjących i nie zabrał go ze sobą. Wiele zabiegów, takich jak otwieranie drzwi i okien, wybijanie otworu w dachu, miało ułatwić odejście nieboszczyka w zaświaty, a nawet wygnać go z dotychczasowego miejsca pobytu. 

PAP: Dlaczego powszechnie odwracano krzesła i naczynia do góry nogami oraz zasłaniano lustra natychmiast po zgonie?

Zobacz również:

A.P.K.: Działania tego rodzaju etnografowie nazywali obrzędowym tworzeniem „świata na opak”. Wierzono, że zmarły niejako lgnie i garnie się do sytuacji, miejsc i rzeczy, które znamionowały porządek, w jakim egzystował kiedyś za życia. Chodziło o to, żeby nieboszczyk nie mógł rozpoznać znanego sobie otoczenia, w tym układu domowych przedmiotów. Dzięki takim zabiegom zdezorientowany duch nie mógł wrócić do własnego obejścia. Z jednej strony była to metoda odesłania go w zaświaty, a z drugiej forma zabezpieczenia się przed możliwością niechcianych powrotów oraz nieprzyjaznych poczynań wobec żyjących.

Dodatkowym zabezpieczeniem przed tym było zatrzymanie zegarów. Oznaczało to wytworzenie swoistej bezczasowości, stanu braku ruchu i nieżycia. Lustro miało specjalne znaczenie, ponieważ wierzono, że ten, kto zauważy w nim odbicie duszy zmarłego, sam niebawem umrze. Zwierciadła traktowano jak ekran, na którym ukazuje się obraz wysyłany z „tamtej strony”. Obawiano się zgubnego wizualnego zetknięcia z odbiciem zmarłego. Co ciekawe, w ten sam sposób w domach zmarłych zasłaniano później ekrany telewizorów.

PAP: Bardzo intrygującym elementem tych zapomnianych rytuałów była tzw. „śmiertelnica”, zwana też giezłem lub czechłem. Czym dokładnie była ta szata, jaką funkcję przypisywano jej w dawnych wierzeniach i dlaczego niektórzy szyli ją sobie sami jeszcze za życia?

A.P.K.: Szata śmiertelna była przygotowywana za życia, w czasie gdy ktoś był jeszcze zdrowy i wykonywał to, będąc okazem sił witalnych. Szata nie mogła być noszona, ponieważ musiała być manifestacją braku mankamentów, a więc jakby zaprzeczeniem oznak zepsucia, zużycia, czyli ogólnie śmierci. Była to starannie wykonana tkanina, najlepiej z jednego kawałka materii. Nie mogła mieć żadnych łat, węzełków, gdyż te mogły zaplątać, uwięzić zmarłego. Zazwyczaj okrywano nią całe ciało, a gdy okazała się zbyt krótka, to dokładano osobne płaty na stopy i głowę. Wykonanie całunu można łączyć z mitycznymi wierzeniami dotyczącymi nici losu i przeznaczenia, tkaniny życia i śmierci. 

PAP: W kulturze sarmackiej pogrzeby – zwane pompa funebris – potrafiły trwać miesiącami i kosztować fortunę, a ich elementem były portrety trumienne oraz płaczki. Czy ten sarmacki teatr śmierci przenikał się z wierzeniami prostego ludu na wsi, czy były to dwa zupełnie różne światy?

A.P.K.: Szlacheckie uroczystości pogrzebowe były bardzo wystawne. W kulturze sarmackiej wytworzył się specjalny styl utworów pożegnalnych ku czci zmarłego. Poczęstunki były suto zakrapiane. Bywało, że po wspomnieniach gloryfikujących dokonania zmarłego dochodziło wśród żałobników do gwałtownych niesnasek, czasem rękoczynów zakończonych kolejnym zgonem. Znane są przypadki, że zamożny szlachcic nie życzył sobie zbytku i przesadnie bogatej oprawy swego pogrzebu.

Innym funeralnym akcesorium były szlacheckie portrety trumienne, ale też przeszklone okienka w wieku trumny. Tak oto zmarły uczczony słowem, nierzadko zabalsamowany lub uwidoczniony na ścianie trumny, był poddany wielorakiemu unieśmiertelnieniu. Teatralizacja taka nie była udziałem ludności wiejskiej. Wspólnym mianownikiem było zapraszanie na pogrzeb i stypę nie tylko rodziny, ale całej społeczności lokalnej. Poza tym dla obu środowisk typowy byłby udział płaczek. Jednak obrzędowe zawodzenie, lamentacje nad zmarłym, należy traktować jako spuściznę zwyczajów przedchrześcijańskich.   

PAP: W dawnych polskich obrzędach widać ogromny lęk przed powrotem zmarłego pod postacią upiora lub wampira. Jakie zabezpieczenia stosowano w trumnie i na cmentarzu, by temu zapobiec? Jaka była symbolika słynnego, trzykrotnego uderzania trumną o próg domu?

A.P.K.: Zabiegi antywampiryczne są znane od czasów pradziejowych. Archeolodzy trafiają na przejawy krępowania i dekompletowania zwłok. Wierzono, że zmarły, który nie rozstał się ze światem w sposób przewidziany normami obyczajowymi (samobójca, zabójca), albo mogący mścić się za doznane krzywdy, niechybnie zamieniał się w złośliwego ducha. Aby uchronić się przed powrotem takiego niechcianego zmarłego, działano prośbą i groźbą. Trzykrotne stuknięcie trumną o próg, czyli w znak granicy między wnętrzem a otoczeniem domu, miało spowodować i oznajmić nieżyjącemu, że linia ta staje się dla niego nieprzekraczalna, i po wyniesieniu trumny jego duch nie będzie miał dostępu do domu. Jednym ze sposobów było przewożenie zmarłego do mogiły tzw. drogami cmentarnymi. Były to ścieżki nieużywane na co dzień, służące do specjalnego kluczenia – tak, aby zmarły niczym w labiryncie nie mógł odnaleźć drogi powrotnej do domu. Jeśli dary i poczęstunki składane na mogile nie mogły udobruchać natręta, uciekano się do radykalnych środków zaradczych. Do najbardziej znanych należy odcinanie głowy i układanie jej między stopami, umieszczanie kosy, sierpa lub noża w okolicy szyi, żeby na wypadek podniesienia się z grobu zmarły sam się zdekapitował. Wreszcie rażono zmarłego kamieniami; czasem wyjęte z grobu szczątki palono i zatapiano.

Warto dodać, że wśród środków uniemożliwiających aktywność wampira lub strzygi było wkładanie mu do trumny materii z węzełkami, żeby długi czas trudził się nad ich rozplataniem, albo wysypywanie rozmaitych nasion, żeby był zajęty ich liczeniem i selekcjonowaniem. Kto wie, czy zadanie zlecone w bajce Kopciuszkowi, któremu z pomocą w oddzielaniu ziarna przyszły ptaki (w wierzeniach uosobienie dusz zmarłych), nie jest echem tego rodzaju wyobrażeń.    

PAP: W dawnej Polsce, szczególnie na przełomie października i listopada, karmiono dusze – pieczono specjalne chleby (powałki) i ulewano alkohol na podłogę. Jak wyglądała ta polska „uczta ze zmarłymi” i jaką rolę odgrywali w niej tzw. dziadowie kościelni, czyli żebracy?

A.P.K.: Powałki, jak wskazuje nazwa, były pieczywem ziemniaczanym umieszczanym pod sufitem (stygły na powale, czyli deskach ułożonych na belkach stropowych - PAP). To specjał typowy dla Polski południowo-wschodniej. Wypieku dokonywano przed dniem Wszystkich Świętych i Zadusznym. Wierzono, że zmarli lgną w zimne, jesienne wieczory do ognia, żeby się ogrzać. Chodziło o to, aby w czasie, gdy domowe piece były rozpalone, wypełnienie ich piekącymi się plackami zapobiegło bezcelowemu przywabieniu dusz do pustego wnętrza. Zajęty przez pieczywo piec chronił dom przed ich zalęgnięciem się.

Gotowe chleby nie były więc przeznaczone bezpośrednio dla dusz, lecz dedykowane im pośrednio – jako dar dla żebraków i przycmentarnych dziadów. Dziad wędrowny w tradycji ludowej uchodził bowiem za przybysza z zaświatów; za kogoś, kto pozostaje w tajemniczej łączności z miejscami przebywania zmarłych. Możliwe zatem, że dar w postaci pokarmu czy alkoholu podany takiej osobie był traktowany jak bezpieczne karmienie dusz, ale bez ryzyka bezpośredniej obecności samych zmarłych w chałupie.

Podobna zasada obowiązywała podczas uczt związanych z obchodami dziadów, podczas nocy wigilijnej, czy dawania pokarmu, którym częstowano ubożęta. Zapraszano dusze do posiłku, sądzono, że są one obecne, ale tylko na pewien czas. Potem nawet je wypraszano czy odganiano. Niekiedy zostawiano pokarm na mogiłach, na stole, przy piecu i po pewnym czasie stwierdzano, że dusze przybyły, bo się posiliły.       

PAP: Z czego wynika fakt, że niemal całkowicie wyparliśmy te bogate rytuały z naszej zbiorowej pamięci? Kiedy nastąpił moment, w którym zamknęliśmy śmierć w sterylnych domach pogrzebowych i szpitalach, zamieniając dawne misterium na cmentarną rutynę?

A.P.K.: Nie ma jednego powodu zaniku tych rytuałów i zmiany naszych postaw wobec śmierci i zmarłych. Do ważnych należy zaliczyć brak dawnych więzi wspólnotowych. Staliśmy się społeczeństwem indywiduów zatroskanych o prawo do autonomii. Poza tym, nowoczesny pogląd na świat wyegzorcyzmował duchy i zjawy, czyniąc z nich bardziej atrakcję w stylu filmów fantasy niż rzeczywistych antenatów rodzinnych wspólnot. Egzystencja naszych chłopskich protoplastów była uzależniona od czynników, na które – jak wierzono — zmarli mieli nieustannie ogromny wpływ. Relacje z duchami zarówno przychylnymi, zatroskanymi o dobro żyjących bliskich, jak i szkodzącymi, wynikały z uznawania ich realnego istnienia i przypisywania im mocy sprawczych.

Obecnie wiara w pośmiertne istnienie duszy jest uważana za anachronizm. Ale do tego dochodzi dewaluacja autorytetów społecznych. Przodkowie — nie jako patronujące duchy, ale postaci z biografią stanowiącą pozytywny wzór i inspirację dla naszego życia, nie są nam już potrzebni. Stracili przydatność w nowoczesnym świecie. Dlatego zostali kulturowo skutecznie uśmierceni. W takich warunkach trumna lub urna wzbudza już inne emocje. Zostaje jedynie estetyczna atrakcja wieczoru na cmentarzu rozświetlonym zniczami i może chwila zadumy nad życiem, śmiercią i przemijaniem dla tych niepoprawnych nostalgików, którzy nie zdołali się jeszcze otrząsnąć z resztek omszałej wrażliwości.

Rozmawiała Katarzyna Krzykowska (PAP)

Komentarze (0)

Nie dodano jeszcze komentarzy pod tym artykułem - bądź pierwszy
Zgłoszenie komentarza
Komentarz który zgłaszasz:
"Trzy razy trumną o próg, czyli jak zatrzymać nieboszczyka w zaświatach"
Komentarz który zgłaszasz:
Adres
Pole nie możę być puste
Powód zgłoszenia
Pole nie możę być puste
Anuluj
Dodaj odpowiedź do komentarza:
Anuluj

Może Cię zaciekawić

Sport

Pozostałe

Twój news: przyślij do nas zdjęcia lub film na [email protected]